Ukradziona młodość
| Nadesłane do Redakcji |
Obecnie jestem już na emeryturze, ale w dalszym ciągu dzień 1 września każdego roku kojarzy mi się przede wszystkim ze wspomnieniami wojennymi moich już nie żyjących rodziców, którzy czasem opowiadali nam , przeważnie wtedy, gdy razem z bratem mając po kilkanaście lat na coś narzekaliśmy, o swoich wojennych przeżyciach, o swojej tragicznej młodości.
Moja mama , mając 18 lat w 1940 roku wraz z rodzicami i młodszym rodzeństwem została wywieziona na przymusowe roboty do Niemiec. Została przydzielona do pracy, często ponad siły w majątku rolnym i tam musiała pracować codziennie po 12 godzin, wiosną, latem aż do jesieni w polu, przy kartoflach, burakach, suszeniu siana, żniwach, a zimą przy obrządku zwierząt gospodarskich, młóceniu zboża, odśnieżaniu itp. za symboliczną zapłatą, która musiała wystarczyć na ubranie i utrzymanie, za marną chudą zupę, czarny chleb i jakieś odpady z gospodarskiej kuchni.
Razem z innymi mieszkała w barakach, bez żadnych wygód, bez wody, po którą trzeba było chodzić do studni z jednym wspólnym dużym piecem na kilkanaście osób i z pryczą wypchaną słomą. W każdą niedzielę wszyscy robotnicy kobiety i mężczyźni musieli iść kilka kilometrów do najbliższego urzędu meldunkowego aby tam potwierdzić swoją obecność. Za naderwaną lub krzywo przyszytą literę „P „ wymierzane były dotkliwe kary. O odpoczynku, zabawie, spotkaniach można było tylko pomarzyć. Na przymusowe roboty do tego samego gospodarstwa rolnego w niedługim czasie trafił też mój ojciec, który jako kawaler też został tam wywieziony. Młodzi jak to młodzi, poznali się i w tych trudnych warunkach pokochali, ukrywając ten fakt, żeby ich nie rozłączono. Ponieważ młodej dziewczynie w takich warunkach i w takim otoczeniu było bardzo trudno samej żyć, aby uniknąć zaczepek pracujących tam mężczyzn, postanowili w 1944r. wziąć tam ślub. Łatwo powiedzieć, a trudniej zrealizować. Jakoś uprosili właściciela gospodarstwa, a właściwie jego żonę i córki i za zgodą księdza proboszcza w oddalonej o kilka kilometrów parafii w małym kościółku mogli wziąć ślub. Co to było za wesele można sobie wyobrazić, ale mieli już siebie i to było najważniejsze.
Wraz z wkroczeniem wojsk radzieckich nastały jeszcze trudniejsze warunki. Pijaństwu żołnierzy, pijatykom i bijatykom nie było końca, a pistolet, czy karabin był z byle powodu wymierzony w różne osoby. Ale coraz bardziej świtała nadzieja, że wojna przecież kiedyś się skończy i wrócą do Polski. Tragiczne położenie pogarszał fakt, że mama zaszła w ciążę, ale nadal musiała ciężko pracować w polu i w innych miejscach. W styczniu 1945r. urodził się mój brat. Ciężka zima, niezwykle trudne warunki bytowe i maleńkie dziecko - sytuacja nie do pozazdroszczenia. W maju po wyzwoleniu natychmiast postanowili wracać do domu. Tylko do jakiego domu, bo go przecież nie mieli. Podróż z maleńkim dzieckiem odbywali w różny sposób, przeważnie pieszo lub na furmankach, których właściciele zechcieli ich podwieźć, trwało to przez ponad dwa miesiące. Nie było czym karmić dziecka, w co go ubrać czy przewijać, gdzie spać – dziecko w takich warunkach ciężko zachorowało, wręcz nie było nadziei, że da się je uratować.
Osiedlili się u mojego wujka, brata ojca. Ojciec podjął pracę w KZCP, przeznaczając pierwsze zarobione pieniądze na trumienkę dla swojego bardzo chorego dziecka. Jednak, ku ich wielkiej radości dziecko przeżyło. Dziś mój starszy brat ma 66 lat i czasem wspominamy te tragiczne przeżycia naszych rodziców z czasów wojny i staramy się przekazywać te opowieści naszym dorosłym już dzieciom, którym dziś trudno uwierzyć, że tak można było żyć i przeżyć.
Maria Rogocz
| « poprzednia | następna » |
|---|

Komentarze
Jeśli ktoś mówi mi "wojna", to przed oczami mam tylko takie straszliwe wspomnienia uczestników tych okrutnych czasów. Pielęgnujmy ten pomnik ludzkiego zwyrodnienia, by kładł się cieniem na każdych agresywnych działaniach ludzi u władzy.
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.