A propos Dnia Włóczykija
| Turystyka |
Niewiarygodne: udało się przejść...
Sama nie byłam przekonana, że się uda: 100 km, na nogach, chodem – nie biegiem, jednym ciągiem, szlakami górskimi...
Trudne, wyzywające, pociągające – ale tak wątpliwe...
Dzień Wyrypowicze różnie rozpoczynali: jedni wstawali skoro świt, standardowo piątki roboczo rozpoczynając, inni późnym skoro-świtem wychodzili z wyra, by –np. jak ja – zdążyć jeszcze na trening przed wyjazdem.
Następnie autobus, pociąg – mało kto decydował się na samochód: kto po niego wróci te 100 km?
Przyjazd do Ustronia, i...
- tu plecak, tam plecak
- tu śpiwór, mata
- buty trekingowe... –
nie, żeby to gdzieś tam leżało: to odważni na Wyrypę!
Pod dworcem PKP w Ustroniu charakterystyczny człowiek: blond kręcone w pierścioneczki włosy – nie jedna kobieta takie by chciała!; czerwony polar: to symbol Blondiego. Marka Bytomia, prowodyra, pomysłodawcy, pierwszego Wyrypiarza.
Wokół tego człowieka ludzie: plecaki, charakterystyczny trekingowy ubiór. „Odhaczamy” na liście obecności.
Sukcesywnie docierają następni, by po 20:30 stworzyć kulminacyjny zjazd. Oto nadjeżdża pociąg z Katowic. Jeden skład, ale – ALE! – wysypuje się z niego tłum przeważnie młodzieży, choć i doświadczeni wiekiem również się pojawiają. Wśród wysiadających naliczyłam może czworo, maksymalnie ośmioro ludzi nie związanych z Wyrypą.
„Odhaczają” się następni.
Wybija godzina zero: dochodzi 21. Marek wita wszystkich znajdując podium na murku. Wszak nie spodziewał się takich tłumów. Jest nas około stu osiemdziesięciu. To 300% ubiegłorocznej frekwencji.
Jeszcze zdanie innego człowieka o wsparciu finansowym dla Sebastiana.
I...
WYMARSZ
Jakiż to widok...
Sznur Wyrypowiczów.
Myślę, że widok podziwu godny.
Myślę, że zarówno tubylcy – ustroniczanie, jak i przyjezdni – z zainteresowaniem przyglądali się wyruszającemu tłumowi w jednym kierunku: na czerwony szlak.
Odważni do boju, niedowiarki do pracy, chętni do marszu....
Oto pierwsze podejście: około 90 minut, z czego niemal godzina podejścia na poziom 758m n.p.m. Kamienie, nierówności...
To pierwsza baza: Schronisko PTTK na Równicy. A gdzie tam 100 km???
Ważne, by dotrzeć do Czantorii, po drodze Ustroń Polana. Wspięcie na Czantorię Wielką zajmuje około trzech i pół godziny. Mamy za sobą 14,5 km.
Och: co to było za podejście...
Ale jakiż to widok: dopisuje nam pogoda. Do późnego popołudnia padało, a miejscami lało! Teraz: bezchmurne niebo. Na nim piękny księżyc, w całej swej krasie: PEŁNIA!
Kto nie marzył o wędrówce lasem, borem i polami, gdy przyświeca w całej okazałości taka kula?
Czołówki – również niemal wzruszający widok, gdy ogniki białego światła przed nami, za nami, tutaj – gdzie sami świecimy pod nogi.
Pierwszy większy odpoczynek, wyrównanie oddechu po tak forsownym podejściu. Picie, może coś przekąsić... Bo siły na następne punkty, zwłaszcza na podejścia, na niemal dosłownie: wspinaczkę.
Podziwiam zaprawionych w boju, którzy równym krokiem, bez zadyszki pokonują stromizny, spokojnie docierają na górę, wyprzedzając tych powolniejszych, może maruderów?, tych dyszących jak lokomotywa – to ja... Prawa noga, lewa ręka z kijkiem – w przód, wdech. Lewa noga, prawa ręka z kijkiem – w przód, wydech. I tak do góry, do góry, do celu...
Wyrypowicze oglądają się na mnie, gdy docieram do nich: co to za sapidło idzie?? – pewnie myśleli...
20 kilometr, ponad pięć godzin za nami – Soszów. Za nami Przełęcz Beskidek do którego schodziło się z Czantorii na poziom 684 m n.p.m, by wdrapać się na poziom 886 m n.p.m.
Znowu większy odpoczynek. Posilić się, napić.
Niektórzy już tutaj rezygnują, rozsądnie oceniając stan własnego zdrowia i wydolności organizmu.
Większość ciągnie dalej.
Znowu wzniesienia: Cieślar, Stożek Mały, Wielki ze schroniskiem PTTK, Kiczory: 989m n.p.m.
Ciemność nocy, choć pełnia, światło księżyca nie dosięga na ścieżkę szlaku, osłoniętego drzewami.
Cichość-niecichość nocy, rozświetlanej czołówkami.
Wędrowcy rozciągają się na całej trasie.
Idziemy we dwoje – podziwiając tych, co już hen, hen przed nami. Światła czołówek znaczą ich ślad.
Noc głęboka, a my tu...
Niesamowite, niewiarygodne – nie pierwszy i nie ostatni raz przemyka przez moją myśl właśnie takie słowo. Wypowiadam je od czasu do czasu – bo to dla mnie właśnie takie: przejść tę trasę? Jednym ciągiem? Bez spania pomiędzy? Bez długiego odpoczynku...
Zaczyna się rozwidniać. Jeszcze szarawe kontury drzew, krzewów, obrysy szlaku, kamieni. Ale to już budzi się nowy dzień, który tym razem my witamy, nie on nas. To my chłoniemy rozbudzający się błękit nieba, sinoszare chmury przechodzące przez czerwień do białości w każdej minucie powstającego dnia.
Świt, wraz z nim i ptaki dopytują nas: cóż wy tutaj? O takiej porze...?
Kula księżyca blednie, gdzieś w chmurach się kryje, ustępując miejsca słońcu.
Idziemy, idziemy....
Jasność nastaje, gdy przez przełęcz Łączecko docieramy do Kubalonki. Chwila odpoczynku, delikatne rozciąganie i rozruszanie ogólne stawów i mięśni.
Wyrypowicze siedzą przy stolikach, posilając się, rozmawiając, nawzajem zagadując o formę. Niektórzy prezentują obraz niedospanego człowieka – ale nie poddają się. Dalej, przed siebie – wszak jesteśmy na około
31-32 kilometrze.
Ruszamy.
Nadal we dwoje. Ktoś tam gdzieś przed nami, inni za nami.
Przełęcz Szarcula, następnie Stecówka – to w miarę równe, spokojne przejście sześciu kilometrów. Teraz czeka nas znów wspinaczka – z poziomu 760m n.p.m. wchodzimy najpierw około 140m wyżej. Tutaj – w Schronisku PTTK na Przysłopie pod Baranią Górą robimy dłuższą przerwę. Posilamy się. Decydujemy – pomimo rannej godziny – na... piwo. Wszak to kalorie. Energia, której nam trzeba.
Z trudem przegryzamy konkrety: kabanosy, kiełbasa, serek pleśniowy, kanapka. Ale zmuszamy organizm do przyjęcia energetycznego posiłku, tak potrzebnego na dalszą trasę.
Hi - ... nie wypiłam całej porcji z około 400 ml piwa – a czuję się... pijana. W końcu jestem bezalkoholowa...
Ruszamy, by około godziny 9:15, po dwunastej godzinie marszu, dotrzeć do Baraniej Góry znajdującej się 1220m n.p.m. Następnie długa, długa marszruta szlakiem niosącym w dół, poprzez Magurki: Wiślańską i Radziechowską, halę Radziechowską, Glinne, by w końcu około południa dotrzeć do Węgierskiej Górki.
Patrząc od Baraniej Góry – zeszliśmy ponad 800m niżej.
Jest śliczny dzień: słoneczny, ale nie upalny. Delikatnie chłodny. Przyjemny.
Tutaj dłuższa przerwa: zaopatrujemy się w napoje. Idziemy zjeść coś konkretnego: decydujemy się
na makaron, jako to danie, które nie obciąża zbyt żołądka, ale dodaje sił.
W chwili wymarszu z Węgierskiej Górki – godzina 14 – wyliczamy, że zmarudziliśmy niemal dwie godziny.
Jesteśmy na półmetku: 57,8 km za nami. Mamy za sobą dokładnie 17 godzin, 3 minuty, 22 sekundy przejść
z przerwami. Zgodnie z harmonogramem przed nami jeszcze jedno ekstremalne – wg naszej oceny, danych jakie mamy, map – podejście. Byle dojść do Rysianki – to tam różnica wzniesień wynosi od poprzedzającej ją Stacji Słowianki ponad 600m. Liczymy, że to podejście będzie najbardziej męczące w naszej drugiej połowie wyprawy. Potem powinno ‘pójść lekko’. W miarę lekko – o ile o wędrówkach szlakami górskimi, beskidzkimi, można tak mówić....
Zatem wstępujemy w Beskid Żywiecki.
Chwilę zajmuje nam rozpoznanie, jak przez miasto prowadzi czerwony szlak. Około dwudziestu minut miastem, asfaltem, by nagle skręcić w lewo – we właściwy górski szlak. Troszkę mylą nas rzeczywiste usytuowania Żabnicy i Abrahamowa. Wbrew naszym oczekiwaniom podejścia mające pomiędzy sobą różnicę około 200m w górę
i w dół – wcale nie są lekkie. Ale nie poddajemy się. Przecież po to wybraliśmy się na Wyrypę. Do przodu! Podziwiać przyrodę, szlak, i... samych siebie, że dajemy radę.
Wędrujemy uroczym szlakiem wzdłuż góry, pod nami przepaście. Nas okala trawa sięgająca niemal barków. Wśród drzew, traw, wzniesień – mijamy jakieś drewniane chatki, pojedyncze zabudowania. Mijamy niemal niezauważalną Stację Słowiankę, do której powinniśmy zejść nieco ponad 200 m patrząc od Abrahamowa. Już wieczór – godzina 19 – gdy docieramy do wysoko położonego, bo na poziomie 1290m n.p.m Schroniska PTTK na Hali Rysiance. Znowu chwila przerwy. Kolega pozwala sobie na kolejne piwo.
Dalej czerwonym szlakiem, wzdłuż granicy. Niepostrzeżenie poprzez niezauważone w szczególny sposób Trzy Kopce usytuowane na wysokości 1216m n.p.m., docieramy do Schroniska PTTK na Hali Miziowej 1330m n.p.m, fragment trasy przechodząc szlakiem narciarskim. To z powodu mojej nieznajomości sposobu znakowania trasy.
W którymś momencie zanikły oznakowania standardowe czerwonego szlaku, by bardziej uwidocznić czerwony pasek na pomarańczowym tle. Później, dopytawszy znawców dowiedziałam się, że tak właśnie znakowany jest szlak narciarski...
Ale szczęśliwie docieramy do samego schroniska. Na zegarach już około wpół do 21. Stanowczo odmawiam chwili wytchnienia tutaj. Przed nami co prawda zejście, nie podejście, na ponad 550m niżej, ale... nie wiem skąd we mnie zaczyna tlić się malutki strach przed... zmrokiem. Wchodzimy w pasmo szlaku prowadzącego przez przełęcz, czy na przełęcz – Glinne. Nadaję niemal ekspresowe tempo. Szlak kamienisty, miejscami dość stromy. Już zapada zmrok. Myślę, że i współczynnik zmęczenia wpływa na mało stabilne kolejne kroki. Kolega, prowadząc, ślizga się po kamieniach. W jednym momencie nawet – o zgrozo! – upada na plecy. Pod nim był płaski, pod kątem ułożony kamień. Na szczęście upadek zamortyzowany został przez plecak. Zwalniamy. Ale niepokój we mnie pozostaje.
Skąd on: ze zmroku?; z czasu – bo jeszcze nie jesteśmy w bazie?; bo jeszcze idziemy i idziemy, a tu kolejna noc... ?
Zgodnie z czasem podanym na znakach szlaku, docieramy do przejścia granicznego w Korbielowie. To ma być przełęcz Glinne – a gdzie oznakowanie? Gdzie napis? Gdzie tabliczka, że to właśnie tutaj...?
Jest już ciemność. Połowę trasy – od Hali Miziowej do tego miejsca – już z załączonymi czołówkami przeszliśmy. Na zegarkach 22:15. A przed nami ostatni etap. Ostatnie pasmo górskie – by dotrzeć do mety, do Przełęczy Głuchaczki. Ale....
Ale – po 1 – irytujemy się, nie mogąc od razu znaleźć ciągłości szlaku.
Po 2 – mój współtowarzysz, mój partner wyrypy, mój przewodnik – uznaje, że... nie da rady dalej.
Tutaj? Trzy godziny przed metą? Mając za sobą 90% trudów trasy?
Przekonuję, byśmy teraz coś zjedli. Chwilę odpoczęli – i ruszyli dalej.
Mój towarzysz trasy zdecydowanie odmawia. Rozsądek górą...
Przy jedynym stoliku dosiadamy się do innej pary, która również na tym etapie zrezygnowała. Z nimi właśnie mój towarzysz wróci do domu.
DALEJ!!! Idźmy dalej!
A jeśli jemu coś się stanie? Jeśli zasłabnie? Jeśli zemdleje? ...
Ma rację...
Ale szkoda!!
Ale on ma rację. Podejmuje mądrą decyzję.
Prosi mnie, bym nie szła dalej sama.
Czekamy: oni na kolegę, który ma po nich przyjechać; ja, na kogoś kto za nami zejdzie, i będzie szedł dalej.
Na tym etapie, druga część wyprawy to 8 godzin, 28 minut, 35 sekund.
Ubieramy wszelkie możliwe kurtki, getry, czapeczki – zimno...
Po 1 godzinie, 27 minutach i 39 sekundach czekania – zjawiają się wyrypowicze. Zatem... – po ich krótkiej przerwie, posileniu się – żegnam się z moim towarzyszem wyrypy. Z moim mądrym i rozsądnym kolegą – czując gdzieś w zakamarku serca delikatną iskierkę żalu i smutku – że to nie z nim idę dalej. Że..., że..., że...
Proszę jeszcze na odchodnym, by dał znać, gdy już dojedzie do domu.
Ruszamy
Obecna grupa to dwie młodziutkie, pełne sił i werwy dziewczyny, i dwóch, równie młodych,
ale wyglądających na bardziej umęczonych od dziewczyn – chłopców. Dziewczyny mają kijki, chłopcy nie.
Na trasie okazuje się, że jeden z chłopców już odczuwa jakiś uraz stopy. Podpiera się drewnianym kosturkiem.
On ma mapę i sugeruję mu nawigowanie.
Po dziesięciu minutach marszu przez łączkę, dotarłszy na właściwy górski szlak, proszę młodych o chwilę cierpliwości. Jest mi za gorąco – muszę teraz pozdejmować to wszystko, co poubierałam czekając. Trwa to drugie dziesięć minut.
Ruszamy znów.
Tym razem dziewczyny i chłopak przodują. Ja staram się dotrzymać kroku kulejącemu koledze.
Wyszliśmy około po północy.
Przed nami wspinaczka i ostrzejsze zejścia. Niby to tylko 46 m różnicy od poziomu wyruszenia – a jednak trzeba piąć się pod górę. Po godzinie i 10 minutach powinniśmy dotrzeć do Przełęczy pod Beskidem Krzyżowskim.
W którymś momencie wędrówki docieramy do w dali widocznej chatki, wzdłuż szlaku ogrodzonej płotem. Czy to jest to? Nigdzie opisów, wskaźników...
Zakładam, że to jest Beskid Krzyżowski. Czas się zgadza.
Ruszamy dalej. Znowu podejście pod górę i ostre zejście. Dochodzimy do jakiejś przełęczy. Jedna z dziewczyn instruuje: ta góra to taka, ta to taka, ta to taka...
Jestem pod wrażeniem. Jakaż zorientowana, jak się zna... – szacunek...
Znów z przełęczy szlak prowadzi wśród góry, pniemy się i pniemy.
Stale wolniej idę, by kulejący wyrypiarz nie został sam.
Podchodzimy pod jakąś górę. Ta sama znawczyni twierdzi, że to właśnie Jaworzyna. Zatem za pół godziny powinniśmy być w bazie. Ale...
Ale mnie to nie pasuje...
Za szybko!
Fakt: dziewczyny i ten jeden chłopaczek, idą szybciej. Ale w którymś momencie my, z tym kulawym kolegą, doganiamy ich. Tempo mamy umiarkowane, a nie ekspresowe. Jest zatem możliwe, by trasę, tak górską, z takimi podejściami i zejściami – skrócić o ponad półtorej godziny?? Moje odczucie mówi mi, że nie. Ta dziewczyna, której przed chwilą oddawałam szacunek, sugeruje, że już idziemy dużo, dużo dalej. Zaczyna mnie irytować. Co rusz przystają, wyciągają mapy, liczą, licytują się, sprawdzają.
To już następny szczyt! Idziemy dalej, niż powinniśmy... – Mówi ta sama blondyneczka.
Jakim cudem? – myślę, stale kontrolując czas przejścia. Wg zegarka mamy przed sobą jeszcze godzinę i dwadzieścia minut. Przed nami znowu podejście pod górę – cóż zatem z Jaworzyną? Mamy ją za sobą, czy przed sobą? ...
Idąc, słyszę przychodzącego sms-a. Ale jesteśmy w wejściu pod górę – nie zatrzymuję się. Domyślam się, że to mój towarzysz wyrypy – z informacją. Tak szybko już w domu... – myślę. I idę dalej.
Jest noc, jest już pierwsza trzydzieści po północy. Ciemno. Chłopaczek, ten nie kulejący – mam wrażenie że śpi idąc. Każde z nas wśród krzewów, liści, gałęzi – dopatruje się cieni żywych stworzeń. Staram się nie słuchać ‘mądrej’ koleżanki, która opowiada, że przed sobą widzi... – nawet nie dosłuchuję, co widzi.
Gdy dziewczyny znowu przystają, by wyciągnąć mapę, by sprawdzić, bo „idziemy już na następną górę. Bo Głuchaczki już minęliśmy...” – zirytowana ruszam szybkim marszem zostawiając młodzież bez słowa.
Znowu podejście. Dość strome. Znowu wyszukiwanie w ciemności oznakowania szlaku. Bo tak się gubi ono. Bo – mam wrażenie – tak niedokładnie poznakowana trasa...
Półtorej godziny samotnej, ciemnonocnej wędrówki z myślami: dokąd dojdę? W którym momencie zadzwonić do głównego organizatora i dopytać: gdzie jestem? Co robić?
Pierwotne postanowienie: że wrócę po pozostawionych, momentami poddaję własnej wątpliwości.
Bo miejscami tak strome zejście w dół – zatem pójście po nich równa się kolejnej wspinaczce...
Ale nie zostawia się ludzi na szlaku!
Ale oni są pełni sił, mają mapy, są zorientowani w Beskidach – w przeciwieństwie do mnie.
Ale --- moje rozważania przerywa biała kartka w koszulce foliowej zawieszona na drzewie: „Do bazy namiotowej Głuchaczki”....
RETY !!!!!!!!!!!! jestem na dobrej drodze!!! Dobrze szłam!!! Dobrze mierzyłam czas!! Wszystko w porządku!!! – cichutko cieszy się moja dusza, jednocześnie karcąc siebie: ALE zostawiłaś ich. Nie powiedziałaś słowa!!!
Zakręcając ostro w lewo, już prostą drogą, mijając kałuże i gliniaste odcinki bagniste – dochodzę do namiotów. Z drewnianego domku w niedalekiej odległości słyszę śpiew przy gitarze, widzę światełko --- wchodzę. DOCIERAM. Jestem.... Witają mnie dwie dziewczyny. Jeden chłopaczek kima na bujanym fotelu.
Informuję o pozostawionych. Określam, ile czasu temu ich zostawiłam. Sugeruję, że pójdę po nich – ale proszę, by któreś z nich poszło ze mną. Dziewczyny zgadzają się, zbierają raz-dwa, ale mówią stanowczo, bym została już. One sobie poradzą. Instruują, gdzie herbata. Wcześniej jeszcze zapisują mnie: przyszłam... CZTERNASTA. Czwarta w drugiej dziesiątce!!
NIEWIARYGODNE! Przygotowana byłam na setną czy nawet i ponad setną, która przyjdzie. Do tej pory: godzina 3:08 – jestem czternasta...? Przejście ostatniego odcinka zajęło mi w sumie 2 godziny 56 minut 47 sekund.
Zostaję zatem.
Po około 20 minutach przychodzą. Wszyscy. Są – wychodzę im naprzeciw. Cieszę się, że dotarli. Weszliśmy wszyscy do domku. Jedna z dziewczyn naskakuje na mnie: Nie wolno tak. Odeszłaś bez słowa. A myśmy na początku trasy czekali na ciebie. Tak się nie robi. Jest mi przykro i głupio. Przepraszam ich. Mówię, jakie miałam zamiary. Przyznaję rację, że źle zrobiłam,
nic nie mówiąc. Ale --- pozostaje między nami wrogość.
Czuję niesmak.
Jest mi przykro.
I to teraz! Gdy udało się! Gdy cel osiągnięty! Gdy pokonane 100 km!!!!
Zajmuję się sobą. Zmieniam wszystkie ubrania – tutaj, w tej chatce oświetlanej świeczką i czołówkami.
Przy kimającym chłopaczku na fotelu bujanym, przy tej czwórce, która przyszła, przy tych dwóch dyżurnych...
Ale jest ciemno – i w miarę swobodnie zmieniam przepocone ubranie na suchutkie.
Jedna z dyżurnych przynosi śpiwory i rozdaje. Instruuje, w którym namiocie, na którym miejscu kto ma spać.
Ubrana w dobre, ciepłe getry, dwie pary skarpetek, koszulkę, bluzkę i ... kurtkę – idę spać.
SPAAAĆ. Układam się w pełnym namiocie ludzi.
Na zegarze czwarta nad ranem. Już świta. Jasność... Postanawiam spać do szóstej, ósmej? Nie potrafię określić. Nie jestem w stanie rozmyślać: wstać i od razu zbierać się do domu? Wcześniej dowiedziałam się od kimającego chłopaczka, że będą organizowali busika do Żywca. Dla chętnych.
To może zostanę? ....
Śpię. Śpię – relaksuję się – i co godzinę, półtorej budząc się – rozmyślam co dalej... Rozmyślam, że... szkoda – że mój towarzysz wyrypy nie dotarł tutaj ze mną....
O ósmej ostatecznie wychodzę spod śpiwora.
Obawy o trzęsienie z zimna umykają – jest ciepło. Zdejmuję kurkę.
Słoneczko grzeje.
Odnajduję nawet toaletę.
Rozwieszam na podwórkowym sznurze moje ubrania – te, w których do tej pory chodziłam. By przewietrzyć, osuszyć.
i...
i zaskoczona jestem samopoczuciem: tak dobrym. Ani pół odcisku na stopie. Żaden uraz nie doskwiera.
Żadne kulejące kroki, jakiś kaczy chód – obcy mojemu ciału...
NIEWIARYGODNE!!!!! Udało się! Przeszłam, dotarłam, jestem....
Postanawiam czekać na głównego organizator, który około godziny 11 powinien przyjść.
Idę na krótki spacer w okolicę.
RETYYY!!!!!!!!!!!!!
UDAŁO SIĘ!!!
W międzyczasie przybywają i przybywają wyrypowicze.
11:00 - Przybywa Marek
11:30-13:00 – weryfikacja przybyłych, sumowanie. Dotarły 73 osoby, w tym 17 kobiet!!!
13:10 - losowanie; chusta, czasopismo, bon na 10% upustu w Carpathii, kupon rabatowy 20% do Tuttu.pl
13:30 - wyjście na busa
14:00 - odjazd do Żywca – koszt przejazdu 8,20 zł
14:45 - Żywiec, oczekiwanie na pociąg. W przerwie: - KL na śniadanku: 900ml lodów. Zielona budka. Jakieś tam jakieś z posmakiem mięty. MNIAM. Zjadłam w niecałą godzinę, czekając na pociąg...
15:48 - pociąg do Katowic. Pociąg od Zwardonia, do Katowic. Jeden skład --- my, wyrypowicze, jest nas ponad 30 osób, jeszcze inni, którzy do niego wsiadają – nie mamy co marzyć o siedzących miejscach... Mnie i dwóm kolegom po godzinie udało się usiąść. Ale dużo ludzi na całej trasie stoi....
17:50 - w Katowicach
18:46 - pociąg do domu.
20:00 - dom. Do dwudziestej drugiej: rozpakowywanie, przygotowanie prania, kąpiel, jeść i --- SPAĆĆĆĆ
| « poprzednia | następna » |
|---|

Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.