Felietony Pani K.

Życie mnie kopie w d....

Ocena użytkowników: / 8
SłabyŚwietny 
Felietony Pani K.
Życie mnie kopie w d..ę a ja się pytam czy go noga nie boli.

Niestety taka jest prawda. I nie jestem jedyną taką osobą na świecie. Czasem gdy rozmawiam z ludźmi mam wrażenie, że jest nas więcej niż tych,  do których szczęście przykleja się niczym zapach dobrych perfum. Niby go nie widać, ale czuć że wciąż jest koło Ciebie.
Ostatnio wszystko idzie mi nie tak jak bym tego chciała. Mówiąc najprościej, popieprzyło mi się w życiu do porządku. Więcej pieprzu znajdziecie tylko w ośmiohektarowej hurtowni przypraw. I tak od paru długich miesięcy. Znacie to uczucie? Już, już jest prawie pięknie i naraz bach! I wszystko szlag trafił. Bywa. A najgorsze jest to, że gro z tych „nieszczęść” jakie mnie spotkało mam na własne życzenie. Uwierzyłam ludziom na słowo a oni mnie kopnęli w zad z szerokim uśmiechem.


I pewnie byłabym się najzwyczajniej na świecie i totalnie po babsku załamała, ześwirowała albo w najlepszym przypadku, siadła w kącie i beczała tak długo, aż sąsiedzi z dołu nie przyszli by z pretensjami, że im mieszkanie zalało. Na pewno by tak było. Ale okazało się, że może być gorzej. Moja serdeczna koleżanka rozstała się ze swoim partnerem. Niby nic, ale gdybyście znali jej przejścia w poprzednim małżeństwie…  Koleżanka w pracy ma kłopoty z córką, koledze zmarła osoba, która była mu bardzo bliska, ta straciła pracę, ta pokłóciła się z mężem, ta ma poważne konflikty z przełożoną, dziecko mi się pochorowało, przygarnęłam psa po przejściach…. Zbiór nieszczęść, wydanie kieszonkowe. Ale pocieszając tego, próbując zrozumieć tą, podając dziecku syrop czy wychodząc z psem na spacer dotarło do mnie jedno: szczęście rzecz nabyta i zależna od punktu patrzenia.


Od dziecka powtarzano mi, że dobro kołem powraca. Potrzebowałam ponad trzydziestu lat, żeby zrozumieć, że to totalna bzdura. No chyba, że moje dobro ma potwornie krótkie nóżki ,a koło jakie robi zahaczyło o Trójkąt Bermudzki i jeszcze trochę potrwa nim się z niego uwolni. Za to wiem jedno, nawet jeśli  nie umiem sobie pomóc, mogę pomóc innym. Ponieważ skupiając się na czyimś kłopocie, mój staje się jakiś taki…mało zauważalny czy nieistotny. A czasem nawet nie zauważę jak zniknie czy się sam rozwiąże.


Ostatnio na przykład w pracy mam nieciekawie. I bardzo prawdopodobne, że albo wylecę z hukiem albo będę musiała sama czegoś nowego poszukać. I co z tego? Będzie co ma być. Potem się będę użalać.  Ale na razie moje dziecko w końcu wyzdrowiało. A przygarniętemu psu udało się wyciąć już prawie wszystkie kołtuny.


Dali mi kopa w tył. Ale co z tego? Mam portal na którym mogę spełniać swoje marzenia o pisaniu. I jednym, ledwo, słowem udało mi się poprawić humor osobie którą ledwo znam. Udało mi się dokonać czegoś dobrego, mimo własnych niepowodzeń. A to już sukces.
Szczęście to pojęcie względne. Dla jednego to fura pieniędzy dla drugiego uśmiech innych. Mnie kopią, a ja będę szczęśliwa jeśli nie uszkodzą sobie przez to kończyn.

Serce mam miękkie ale tyłek ze stali : )Nieszczęście też jest rzeczą względną. Do jednego i do drugiego trzeba się zdystansować. Uczę się tego, a gdy już tą umiejętność nabędę, zostanę najszczęśliwszą osobą na świecie: )

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Komplementy. Na co komu i jak to się je.

Ocena użytkowników: / 4
SłabyŚwietny 
Felietony Pani K.

Można by spytać: po co nam komplementy. I można by krótko odpowiedzieć: żeby było weselej. I tak naprawdę na tym bym mogła zakończyć felieton. Ale, że straszna ze mnie gaduła, to pozwolę się porozpisywać.

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Żadna praca nie hańbi...partII

Ocena użytkowników: / 3
SłabyŚwietny 
Felietony Pani K.

Żadna praca nie hańbi…part II.

Troszkę długo nic nie pisałam. Nawet za długo. Wybaczcie. Gniłam sobie słodko w depresyjno-jesienno-zimowym nastroju. W ramach kuracji jednak wzięłam się za pisanie. Jednako charakter dzisiejszego felietonu może mieć naloty chandryczne, o czym uprzejmie ostrzegam, a krytykantów pamiętnikarskiego stylu mojej pisaniny odsyłam do definicji felietonu. Miłej lektury.

W drugiej części miałam opisać zawody, z którymi spotykamy się najczęściej. Mijamy lub korzystamy z ich efektów codziennie a mimo to są one jakby drugiej kategorii. Przykładem może być, znane na pewno każdemu, straszenie leniwego w nauce dziecka tym, że pójdzie pracować przy kopaniu rowów.  Równie dobrze można tu wpisać rolę np. sprzątaczki czy ludzi odpowiedzialnych za oczyszczanie ulic. Wciąż zresztą pokutuje mniemanie jakoby praca fizyczna była czymś gorszym od umysłowej. Szkoda tylko, że patrząc na takiego przykładowego kopacza rowu myślimy: acha, nie chciało mu się uczyć. A nie przychodzi nam do głowy dalszy skutego tego kopania, bo przecież nie robi tego ot po to by sobie pomachać łopatą, czyż nie? A tymczasem w takim rowie leżą potem rury dzięki którym nie musimy popylać z wiaderkiem do studni po wodę.

Dzięki sprzątaczkom co rano wracamy do czystego biura, nie toniemy we własnych śmieciach. Ale o tym zwykle się nie myśli. Prawda? Rozmawiałam kiedyś z koleżanką na temat sprzątaczek. Nie powiem, całkiem nieźle mi dziewczyna podniosła ciśnienie swoim uwłaczająco-wywyższającym tonem gdy wypowiadała się o tym zawodzie. Na koniec spytałam tylko czy w domu sama sprząta czy ma od tego ludzi. Odparła, że mama sprząta (miałyśmy wtedy po jakieś 18-19 lat). Na moje stwierdzenie, iż cała jej obraźliwa wypowiedź dotyczyła jej mamy właśnie, która ma się o tyle gorzej, że jej za sprzątanie nie płacą, obruszyła się nie ziemsko. Ale powiedzie sami czy nie mam racji? Dlaczego nie szanujemy osób, które odwalają za nas brudną robotę?

Takich zawodów jest w naszej rzeczywistości skolko ugodno. Czasem są strasznie niedoceniane, mimo tego iż zdobycie tegoż wymaga niemałej wiedzy, ukończenia studiów i ciągłego kształcenia. Mam nawet na myśli konkretny przykład. Moją serdeczną znajomą, pielęgniarkę.  Dziewczyna stara się jak może wykonywać swój zawód w najlepszy sposób, dokształcać się, rozwijać. A co z tego ma? Lichą wypłatę, żylaki i kretyńską opinię obiegową, że pielęgniarki nic nie robią tylko kawę piją. Za to lekarz zbiera całą chwałę, częstokroć nie zasłużoną. Przykład z życia: byłam z dzieckiem na zabiegu, lekarza widziałam tego dnia dwa razy: pierwszy-wyproszona ostatnia konsultacja przed zabiegiem, drugi- miał być około godziny po powrocie dziecka na salę, a był ok.4 godziny później przy decyzji o wypisaniu do domu. Ani razu na sali nie pojawił się żaden lekarz, stan dzieci( jedno miało dość poważną operację) kontrolowały pielęgniarki. Z podsłuchanej rozmowy dowiedziałam się, że lekarz wyszedł nie informując nikogo gdzie i po co.

Kolejny przykład: sprzedawca. Z ręką na sercu przyznajcie sami ile razy narzekaliście, że w sklepie kupiliście jakiś szmelc? I z reguły po łbie dostaje się sprzedawcy, który tylko pośredniczy między producentem a nami, on tego nie tworzy. Tu też mogę mnożyć przykłady z życia wzięte, ponieważ pracuję w tej branży już rok któryś z kolei i czasem ludzkie pojęcie przechodzi do jakich rozmiarów urosnąć może ludzkie chamstwo. Okey, zgadza się, że sprzedawcy mają swoją pracę dzięki kupującym ale nim wyciągniecie ten argument na wierzch powiedzcie: czy załatwiając sprawę w jakimkolwiek urzędzie na wyższym szczeblu też przyjmujecie taką postawę? Mogę się założyć o wszelkie skarby baku narodowego, że gro z was/nas w większości przypadków jednak bardziej idzie w kierunku proszącym. Choć tak naprawdę urzędnicy też mają pracę niejako dzięki nam.

I najmniej istotnym jest tutaj poziom wykształcenia, ponieważ za ladą równie dobrze może stać magister, któremu nie udało się dostać pracy na wyższym stanowisku. Tak samo też za biurkiem może siedzieć człowiek po zawodówce, któremu albo się poszczęściło i załapał się na wakat, albo też się poszczęściło, że osoba decydująca o zatrudnieniu należy do rodziny. Naprawdę, przy obecnym bezrobociu, każdy bez względu na wykształcenie ma dwie drogi wyboru: siedzieć w domu i czekać na cud, albo łapać pracę jakąkolwiek.

Z tego też wychodzi mi po raz kolejny wniosek, że faktycznie to nie praca hańbi, tylko nasze do niej podejście i jej postrzeganie. Bo skoro szanujemy człowieka za jego wykształcenie, za to jakim jest, to dlaczego nie możemy szanować za to jaki zawód wykonuje?

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Wystarczy wysłuchać

Felietony Pani K.

Wystarczy wysłuchać-pseudo poradnik jak pomóc w problemach.

Dlaczego pseudo? Ano dlatego, że nie znajdziecie tu złotego środka, ani typowego step by step w kłopotach. Gdybym potrafiła wymyślić takie mądre rzeczy byłabym pewnie najbogatszą kobietą na ziemi. Niestety tak nie jest a poniższy artykuł potraktujcie bardziej „ ku pokrzepieniu serc”.

Bywa tak, że nakład własnych problemów z pracą, domem, uczuciami czy zdrowiem zdaje nam się większy niż nakład ostatniej książki J.K. Rowling. Żeby było zabawniej, chwilowo nie mamy na stanie ani pomysłu jak z tych problemów wybrnąć, ani siły aby im podołać. Bywa, jesteśmy tylko ludźmi i chwile słabości mamy nijako zapisane w naszej naturze. Co wtedy robimy? Najczęściej polujemy na jakąś ofiarę, na głowę której wylewamy nasze żale na świat, że tak nas pokarał. I choć zwykle nie oczekujemy konkretnej pomocy, to liczymy na wysłuchanie i pewnego rodzaju ulgę, po takim wygadaniu się. Ale nie zawsze tak jest.

Dlaczego? Ponieważ najczęściej owa ofiara na nasze problemy odpowiada swoimi i wtedy w głowie mamy większą kumulację problemów niż milinów w totku.

A wiem to z własnego doświadczenia. Doskonale zdaję sobie sprawę, że są inni, którzy mają się naprawdę potwornie i którzy by wiele oddali za takie problemy z jakimi ja się borykam. Jednakowoż kiedy dzień po dniu, drugi tydzień, miesiąc z rzędu coś mi się wali, coś sypie, a coś inne idzie zupełnie nie tak jak powinno to już mi się ryczeć ze złości i gryźć wszystko dookoła chce a ostatnią rzeczą o której się w tym momencie myśli to problemy innych. I właśnie wtedy zdał by się ktoś, kto by mnie zwyczajnie po ludzku wysłuchał, pokiwał głową i poklepał po plecach.

Nie potrzeba wtedy nawet zapewnień, że będzie dobrze, że się ułoży. Wystarczy tyle: wysłuchać, (choćby i nawet poudawać, że się rozumie), pokiwać głową, poklepać pokrzepiająco po plecach. Mam rację? Obie łapki dam sobie uciąć, ze większość z was mi przytaknie. Reszta to ci, którym tak strasznie zazdroszczę- totalnie pozytywnie myślący, dla których szklanka zawsze jest do połowy pełna.

Stąd właśnie mój pomysł na ten artykuł. A dokładniej „natchnęły” mnie do niego ostatnie, że tak delikatnie nazwę, życiowe niepowodzenia. W skrócie opisując w chwili obecnej mam przemożne wrażenie, że jestem zupełną odwrotnością króla Midasa: ) I to czego mi w tym czasie brakuje najbardziej (prócz oczywiście najoczywistszego leku na całe to zło)- możliwości wygadania, bez dowiadywania się jak to inni mają gorzej. Wiem, wiem, brzmi to bardzo egoistycznie. Jednak przyznajcie sami- każdy ma w sobie małego egoistę: )

Dlatego tez zaczęłam myśleć, co w takiej sytuacji może nam pomóc. Już nie mówię o konkretnych problemach. Bo rodzajów tego pieroństwa jest mnogo. Mam na myśli bardziej nasz stan umysłu i jego poprawę, bo jak kiedyś usłyszałam: „gdy masz dobry humor, to i w deszczu widzisz słońce”. Każdy ma jakiś swój tajemny pomysł aby poprawić nastrój. Tu już posiłkuję się rozmowami ze znajomymi, jak to oni sobie radzą.

I wyszło mi na to, że na 10 zapytanych osób, 10 wymieniało „wyżalenie” się przy kimś kto potrafi słuchać. Przy kawie, lampce wina, piwie, na spacerze, przy wykonywaniu zupełnie zwyczajnych, domowych czynności. Kolejne pomysły to oderwanie się na chwilę od „tego wszystkiego” i robienie tego co się naprawdę lubi. Jedna koleżanka puszcza muzykę „ na full” i bryka do niej aż się zmęczy, inna pucuje dom na błysk, jeden dłubie w aucie, drugi idzie z kumplami na piwo. Każdy ma jakiś „knif” żeby poprawić sobie humor.

Ale wniosek jest jeden i to właśnie ta porada. Jeśli spotkasz kogoś zdołowanego, daj mu się wygadać, wyżalić, nie zasypując go własnymi problemami. Jeśli sam masz doła, znajdź kogoś komu Ty możesz się wygadać, ale od razu na spytaj czy ta osoba może Cię po prostu wysłuchać. Jeśli nie masz pomysłu na rozwiązanie problemu, pozwól sobie na chwilę relaksu, oderwij się o zamartwiania, zrób coś co lubisz, daj sobie czas.

A kto wie? Może w zrelaksowanym umyśle, jak błyskawica, zjawi się sposób na rozwiązanie kłopotu?

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Żadna praca nie hańbi

Ocena użytkowników: / 3
SłabyŚwietny 
Felietony Pani K.

Żadna praca nie hańbi…. niezły dowcip.

Pewnego razu byłam z wizytą u koleżanki w zupełnie obcym mi  mieście. Po skończonych odwiedzinach dziewczyna odprowadziła mnie na przystanek autobusowy i wsadziła do odpowiedniego. Tak nam się przynajmniej zdawało. Ponieważ po paru czy parunastu minutach jazdy kierowca stwierdził, że tu kończy pracę. Wylądowałam w ten czas na przystanku z którego nie odjeżdżał żaden autobus w znanym mi kierunku. Ściemniało się, ja byłam zupełnie zdezorientowana.  Na szczęście znalazła  się druga pasażerka tegoż, która tak samo jak ja zaskoczona była końcem jazdy, a która zupełnie dobrze zorientowana była w topografii miasta. Zaproponowała mi pomoc i wraz z nią dotarłyśmy do innego przystanku z którego jak się potem okazało razem kontynuowałyśmy podróż. A w trakcie podróży zaczęłyśmy rozmawiać. Wiecie jak to jest. Gada się o wszystkim i o niczym. Nam temat zahaczył o pracę do której moja wybawicielka właśnie się udawała. Dziewczyna bardzo bezpośrednia, nie kryła wcale w jakim zawodzie pracuje. Patrząc mi prosto w oczy powiedziała, że jest tancerką erotyczną i się tego nie wstydzi. Widziałam, że czeka na moją reakcję a ja w tym czasie usilnie próbowałam nie okazać nic.

Zawsze hołdowałam zasadzie, ze żadna praca nie hańbi o ile nie robi ona krzywdy innym( np. płatny morderca). Nigdy jednak nie musiałam stojąc twarzą w twarz, weryfikować mojego hołdu z tematem pracy erotycznej. No tak, krzywdy nie czyni, wręcz można by skłaniać się w stronę przyjemności ale praca polegająca na sprzedawaniu siebie?  W tym momencie zapaliła się we mnie pewnego rodzaju ciekawość.

Jak już wcześniej pisałam, moja rozmówczyni była bardzo bezpośrednia, widząc moje zainteresowanie prawie ze szczegółami opowiadała mi o sobie. A przy okazji o powodach dlaczego podjęła taką a nie inną pracę. A także o powodach dla których ten zawód wykonuje gro jej znajomych z branży. I wierzcie mi lub nie, nie były to historie mlekiem i miodem płynące. Nie było mowy o seksie za pieniądze, ale jednak wciąż uwierała mnie myśl: sprzedawać siebie, swoje ciało?

Zaczęłam się zastanawiać nad innymi zawodami. Sama pracuję w handlu i tak naprawdę, jak się nad tym zastanowić to nawet najzwyklejszy sprzedawca prócz towaru w pewnej mierze sprzedaje też siebie. Chociaż, może ten najzwyklejszy, któremu nie zależy na pracy to może nie, ale w innych przypadkach? Przecież aby zdobyć i utrzymać klienta trzeba od siebie coś dać. Nie tylko byle uśmiech i oszczędnie rzucone: „co jeszcze”. Trzeba oddać kawałek zainteresowania klientem, odrobinę troski, serdeczności i uprzejmości. Klient chętniej wraca tam gdzie czuł się zauważony. Dajemy mu to czego potrzebuje, a przecież to tak jakbyśmy wraz z tą marchewką, chlebem czy szynką, wrzucili do reklamówki też kawałek siebie.

A przedstawiciele handlowi? Akwizytorzy? Czyż nie są szkoleni, że najpierw muszą umiejętnie sprzedać siebie aby móc z sukcesem sprzedać towar? Jakby na sprawę spojrzeć z tej właśnie strony to nie ma zawodu, w której sukces nie był by zależny od dobrego zaprezentowania a więc, pewnego rodzaju sprzedaży swojej osoby.

Co więc jest takiego hańbiącego, w zawodach związanych z erotyką? Czy razi nas sam fakt sprzedaży czy może bardziej towar, którego ona dotyczy? Ale pomyślmy: każdy ma własne ciało na własność( masło maślane, ale łapiecie sens?). Z umysłem jest tak samo, prawda? A jednak nie patrzymy krzywo na, nie wiem, komputerowców, pomysłodawców gier, książek, haseł na bilbordach. Oni pracują głową i sprzedają swoje zrodzone w nich samych pomysły.  Nie uznajemy tego za coś wstydliwego i niestosownego. Nauczyciel, by przykuć uwagę uczniów, sprzedawca w sklepie, aktor na scenie, polityk przed wyborcami, tancerka erotyczna czy choćby absolwent na rozmowie o pracę. Wszyscy w pewnym momencie dochodzimy do punktu w którym sprzedajemy coś z siebie. Talent, umiejętności, obietnice czy ciało. Czasem robimy to zupełnie nie zdając sobie sprawy. A jednak.

Więc może to nie sam zawód jest hańbą, a nasze do niego podejście?

 

c.d.n

 

 

 

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 
Więcej artykułów…
fbPixel